Przejdź do głównej zawartości

Rozdroża i piekielne ogary

Słuchając oryginalnych utworów delty bluesa, nieco trzeszczących i jakby zakurzonych, można odnieść wrażenie, że stanowią dowód na życie po śmierci. Głos wydobywający się z głośników wypełniony jest duszą, która zdaje się nawiedzać mnie, gdy wcisnę "play".






Niekoniecznie chciałabym się urodzić sto lat temu na głębokim południu Stanów Zjednoczonych. Ciągłe upały, wszechogarniająca bieda, praca w polu... Z tego nie mogło wyjść nic dobrego. A jednak - Afroamerykanie zamieszkujący deltę rzeki Mississippi swój ból i zmęczenie przekuli w gatunek muzyczny, który następnie inspirował setki twórców na całym świecie i można powiedzieć, że stał się zaczątkiem muzyki, którą znamy dzisiaj. Ale nawet gdyby się tak nie stało to oryginalne nagrania wciąż poruszają dusze i serca słuchaczy.

Delta blues składa się z kilku składników - gitary, harmonijki, zawodzącego głosu wydobywającego się wprost z czarnego serca oraz duszy, która zdaje się być w diabelski sposób zaklęta na nagraniu. Delta blues nie był wykalkulowaną muzyką, nad którą siedzieli producenci muzyczni i profesjonalni muzycy. Jeśli coś leżało ci na sercu to podnosiłeś gitarę i śpiewałeś. Tematyka utworów jest doprawdy przeróżna - pojawiały się oczywiście utwory miłosne i pieśni poruszające temat pracy, a także hymny ku czci Boga, ale bardzo częsty w bluesie był także... Diabeł. Nawiązania do guseł voodoo nie dziwią, gdyż legendy i podania tamtych rejonów USA są niezwykle ciekawe oraz obfitują w nawiązania do wielu diabelskich historii. Jedna z nich opowiada o samym Królu Delta Bluesa - Robercie Johnsonie.


Urodzony w 1911 roku w Mississippi, Johnson był nie tylko Królem Delta Bluesa, ale także pierwszym członkiem Klubu 27 (muzyków, którzy zginęli lub zmarli w wieku zaledwie 27. lat). O życiu Johnsona nie wiemy wiele, zachowały się tylko trzy jego fotografie i parę nagrań. Oczywiście wielkie niewiadome prowadzą do narastania legendy wokół jego osoby, a temat podsycał fakt, że Johnson nagrał swego czasu "diabelską trylogię", która opowiadała o mężczyźnie, który sprzedał duszę diabłu na rozdrożu, a następnie ścigały go piekielne ogary, mające zabrać dłużnika do piekieł. Wierzy się, że była to opowieść autobiograficzna i Johnson sprzedał swą duszę za niezwykły talent do grania na gitarze, a cena którą za niego zapłacił to ponowne spotkanie z Diabłem w 1938 roku. O Robercie Johnsonie na pewno słyszeli fani klasycznego rocka, gdyż jego utwory były inspiracją dla takich twórców jak The Rolling Stones czy Led Zeppelin.


Istnieją takie utwory, które po prostu zdają się być nawiedzone i wydają się przenosić nas w zaklęte miejsca. Jedną z takich piosenek jest dla mnie bezsprzecznie "Devil Got My Woman". Śpiewający ją Skip James urodził się w 1902 roku w Mississippi (a jakże!) i swoje pierwsze płyty nagrał w trakcie Wielkiego Kryzysu, przez co nie odniósł większego sukcesu. Ponownie został dostrzeżony dopiero w 1964 roku i zaczął jeździć na koncerty oraz festiwale. Niestety to szczęście nie potrwało długo, gdyż zmarł w 1969 roku. Ale wystarczy włączyć sobie "Devil Got My Woman" żeby się przekonać, że dusza, którą zaklął w swoje nagrania, nie umrze nigdy.


Wielu muzyków bluesowych tamtego okresu była niewidoma - wystarczy spojrzeć na ich pseudonimy: Blind Willie Johnson, Blind Lemon Jefferson, Blind Willie McTell, Blind Boy Fuller... Nie od dziś wiadomo jednak, że brak zmysłu wzroku nie przeszkadza artystom w tworzeniu niezapomnianych utworów. Tak było i w tym przypadku. Urodzony w 1897 roku w Teksasie, Blind Willie Johnson jest autorem przejmującego utworu pod tytułem "It's Nobody's Fault but Mine", w której niewidomy i głęboko wierzący Johnson skarży się, że nie jest w stanie czytać Biblii, a przecież, gdy jej nie czyta to jego duszę czeka potępienie. Wie jednak, że nie może winić za to nikogo innego prócz siebie. Utwór, choć o tematyce bardziej boskiej niźli diabelskiej, wciąż pozostaje mroczny i ciężki, przytłacza świadomością beznadziejnego losu człowieka na ziemskim padole.


Fani Nirvany na pewno znają utwór o tytule "Where Did You Sleep Last Night". Oryginalnie wykonywał go jednak Lead Belly - muzyk urodzony w 1888 w Louisianie. Śpiewał o dosłownie wszystkim - kobietach, alkoholu, więziennym życiu, rasizmie, kowbojach, marynarzach, a nawet (jak przystało na prawdziwego trubadura) o ludziach, o których czytał w gazetach. W swoich piosenkach wspominał np. o Franklinie D. Roosevelcie, Jean Harlow, Howardzie Hughesie, a nawet... Adolfie Hitlerze. To jednak "Where Did You Sleep Last Night" wywołuje we mnie największe uczucie niepokoju. Do kogo skierowany jest utwór? Czy podmiot mówiący jest zły na dziewczynę, że nie spędziła nocy w domu? Czy chce jej zrobić krzywdę? A może już to zrobił? Czemu dziewczyna spała pod sosnami? Czy jest już martwa? Nie ma nic lepszego niż utwór, który można dopowiedzieć sobie samemu.


Używający pseudonimu Mississippi Fred McDowell tak naprawdę urodził się w Tennessee w 1906 roku. Jego rodzice zmarli, gdy był jeszcze młodym chłopakiem. Może to właśnie przez to sięgnął po gitarę w wieku 14 lat. Nie nagrał jednak wtedy żadnej płyty - tak samo jak rodzice pracował na farmie, a grywał jedynie w barach w weekendy. Dopiero w 1959 roku został odkryty przez łowców talentów, którzy w tamtym okresie przemierzali Południe Stanów Zjednoczonych i szukali takich jak on artystów, chcąc uwiecznić na nagraniach korzenie amerykańskiej muzyki. Gdyby nie im podobni, prawdopodobnie do dziś nie wiedzielibyśmy o wielu wspaniałych twórcach muzyki bluesowej z początku wieku, a następne pokolenia muzyków pozbawione byłby wielu swoich inspiracji.

Słuchając delta bluesa mam na sobie słomiany kapelusz i zdarte ogrodniczki, w zębach źdźbło trawy, a w ręce prostą gitarę. Siedzę na kamieniu przy polnej drodze, mam przerwę w pracy, a słońce nie daje o sobie zapomnieć, jest gorąco. W niczym nie przeszkadza mi fakt, że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Zdaje się, że muzycy, których słucham, składają mi wizytę i dzielą się swoim doświadczeniem. Może w jakiś diabelski sposób na chwilę nawiedzają moją duszę. Lubię te krótkie podróże - nie tylko wzbogacają moją empirię, ale także pozwalają zastanowić się nad tym, co w życiu jest najważniejsze. Poza tym niosą nieco ukojenia, gdyż - przynajmniej dla mnie - są dowodem na istnienie pewnego rodzaju pośmiertnej egzystencji. A już na pewno są dowodem na istnienie duszy.

Niedługo wyjdzie słońce, a piękna pogoda będzie kusiła do wyjścia z domu, czego tak bardzo nie wolno nam przecież robić. Może warto otworzyć okno, wpuścić do domu nieco słońca i świeżego powietrza, a na wycieczkę wybrać się jedynie w wyobraźni, w towarzystwie muzyków z delty Mississippi? Zapewniam, że będzie jeszcze ciekawiej niż na zwyczajnym spacerze...

Komentarze