Istnieją muzycy - tacy jak Bob Dylan, Leonard Cohen czy Jim Morrison - którzy przypominają bardziej poetów niż tekściarzy. Istnieją też tacy, których piosenki mogłyby być opowiadaniami, a nawet całymi powieściami. Jednym z nich jest Bruce Springsteen.
Przeżywałam wiele muzycznych fascynacji, które zostały ze mną do dzisiaj. Mogę spędzić całe popołudnie nucąc Erica Claptona, znam daty tras koncertowych Led Zeppelin i jestem w stanie rozpoznać rok zrobienia zdjęcia po fryzurze jaką ma głowie Lou Reed. Ale gdyby ktoś zapytał mnie o to, kto jest moją ulubioną "gwiazdą rocka", odpowiedź byłaby jedna - Bruce Springsteen.
Jestem pisarką odkąd pamiętam - pierwsze opowiadania wychodziły spod mojej ręki w wieku 5-6 lat, jeszcze z drobną pomocą mamy. Wymyślałam wtedy alternatywne wersje znanych mi bajek i tworzyłam własne. Pisałam zawsze choć zdarzały mi się długie przerwy. W końcu odnalazłam swoje powołanie, czyli zajmowanie się zawiłościami człowieczej psychiki i meandrami międzyludzkich relacji, obwiązane wstążką o nazwie "kultura amerykańska", którą się fascynuję. Wszystko to plus bezgraniczna miłość do rock and rolla zaowocowało naturalnym przyciąganiem do muzyki i postaci Bruce'a Springsteena.
Urodził się w 1949 roku w New Jersey. W szkole średniej nie był popularny - raczej "niewidzialny". Miał kiepskie relacje z ojcem, a gdy jego rodzina przeniosła się do Kalifornii, on został w owianym złą sławą New Jersey żeby tworzyć muzykę, co zwróciło mu się z nawiązką. Springsteen, chociaż sam nie napracował się w życiu wiele, dzięki swojej zdolności do opowiadania historii, został głosem "niebieskich kołnierzyków" (czyli klasy robotniczej) w Stanach Zjednoczonych i czołowym reprezentantem gatunku heartland rocka. Jak nikt inny potrafi połączyć ze sobą brzmienie folku, rock and rolla, hard rocka, a nawet popu, nie zapominając przy tym o warstwie lirycznej, która nigdy nie zawodzi. Śledząc teksty piosenek Springsteena możemy dowiedzieć się o tym jak wygląda życie przeciętnego amerykańskiego robotnika z przedmieść, małych miasteczek i wsi. Opowiada historie policjantów, złoczyńców, robotników z fabryki, weteranów wojny w Wietnamie, szkolnych buntowników i odludków. Osadza ich w określonych miejscach i sytuacjach, które dodają tym opowieściom autentyczności i sprawiają, że utwory muzyczne zaczynają żyć własnym życiem i przypominają opowiadania, a może nawet zalążki całych powieści. Dla osób z dużą wyobraźnią mogą być nawet filmem, bo i kinematografią Bruce się inspiruje. Jednym z jego bliskich znajomych jest popularny reżyser Martin Scorsese. Pragnę przybliżyć moje ulubione historie Springsteena i zachęcam do podróży w głąb amerykańskiej duszy, w którą nas zabiera.
"Racing in the Street" to utwór z płyty o znaczącym tytule "Darkness On the Edge of Town" z 1978 roku. Opowiada historię młodego mężczyzny, którego jedyną rozrywką w nudnym i pustym życiu są nocne wyścigi samochodowe. Oprócz poruszenia tematu wypalenia, depresji i poczucia beznadziei wśród młodych obywateli, którym zdaje się, że w dorosłym życiu już na nich nic nie czeka, Springsteen nawiązuje także do amerykańskiego kultu samochodowego. Szybka jazda autem to sposób na oczyszczenie umysłu i duszy, a przy okazji chwilowego poczucia wolności - tak jak w kultowym "Buntowniku bez powodu" z Jamesem Deanem. W połączeniu z adrenaliną wynikającą z ryzyka podejmowanego podczas wyścigu, podmiot mówiący w utworze odnajduje w tym sposobie rozrywki odskocznię od szarej rzeczywistości.
Ta opowieść jest osadzona w szerszym kontekście - Springsteen przedstawia nam bowiem cały obrazek. Widzimy parking sklepu Seven-Eleven i poznajemy kolegę głównego bohatera - Sonny'ego, razem z którym jeżdżą od miasta do miasta i szukają zysku (jeden z toposów kina drogi). Dowiadujemy się, że podczas jednego z takich wypadów do Kalifornii podmiot mówiący poznał swoją ukochaną, ale teraz ich związek jest już w strzępach. Wokół oczu dziewczyny pojawiają się zmarszczki, a ona sama spędza noce gapiąc się w sufit, wypalona i pusta, zawiedziona życiem jakie zaoferował jej narzeczony, pomimo pozornej obietnicy szaleństwa i przygody.
"Stray Bullet" to odrzut z podwójnego albumu "The River" wydanego w 1980 roku i zapewne z racji tego, że piosenka nigdy nie trafiła na album, ciężko było mi dokopać się do jakichkolwiek informacji na temat opowieści wysnutej w tym utworze. Ale może to nawet lepiej, bo sama mogę dopowiedzieć sobie to, czego nie jestem pewna. W "Stray Bullet" nie znamy imion głównych bohaterów, ale słyszymy przepełniony bólem głos podmiotu mówiącego, który opowiada o czasach, w których zwykł siadać przy rzece z ukochaną i snuć z nią plany na przyszłość, nieświadomy tego, co nadejdzie. Później dowiadujemy się, że tajemniczy mężczyźni w lśniących na słońcu czarnych butach i długich płaszczach pozbawili dziewczynę życia. Kim byli ci ludzie? Sytuacja przywodzi mi na myśl strzelaninę w szkole w Columbine, ale przecież ta miała miejsce prawie 20. lat później... Może jest to nawiązanie do prześladowań rasowych na terenie Stanów Zjednoczonych? A może zwykli kryminaliści, którzy napadli na ukochaną bohatera? Pewne jest jedno - "Stray Bullet" zawsze porusza mnie do głębi i to wielka szkoda, że ostatecznie utwór nie pojawił się na albumie "The River".
Wydany w 1982 roku album "Nebraska" to zdecydowanie najlepsza płyta w dorobku artysty, ale jednocześnie też trochę niedoceniana. Prawdą jest, że nie słucha się jej łatwo - to ciąg mrocznych, smutnych i przeszywających historii, śpiewanych w sposób przeciągający, a czasem desperacki. Do tego wszystkiego dochodzi przeszywająca smutkiem harmonijka, przez co wydaje się, że to utwory śpiewane przez zapomniany folkowy zespół w barze z małego, zapyziałego miasteczka. Tak właśnie miało być - Springsteen nie udał się nawet w trasę koncertową, która miałaby promować ten album, gdyż doszedł do wniosku, że po prostu by to nie pasowało do koncepcji płyty.
Tak naprawdę mogłabym tutaj przeanalizować każdy utwór z tego albumu pod aspektem treści i historii, które opowiada, ale skupię się na tytułowej "Nebrasce". Podmiotem mówiącym w tej piosence jest prawdziwa postać historyczna - kryminalista Charles Starkweather, który (mocno inspirujący się stylem Jamesa Deana) na przełomie 1957 i 1958 roku wybrał się na morderczą przejażdżkę samochodową ze swoją dziewczyną Caril Ann. Historia dwojga nastolatków-zabójców z Nebraski, choć dziś już nieco zapomniana, była inspiracją dla wielu twórców, na przykład reżysera Terrence'a Malicka, który nakręcił na tej podstawie film o tytule "Badlands" z 1973 roku (co ciekawe taki sam tytuł nosi także jedna z piosenek Springsteena...). Sprawy kryminalne są także jednym z moich zainteresowań (stąd wcześniejsze skojarzenia ze strzelaniną w szkole w Columbine), a historia Charlesa Starkweathera zawsze mnie fascynowała i zasmucała. I chociaż nigdy nie próbowałam tłumaczyć czy wybielać jego osoby, zawsze w pewien sposób rozumiałam jego desperację, zrezygnowanie, poczucie bezsensu i wszechogarniającej pustki, która towarzyszyła temu odrzuconemu przez społeczeństwo biednemu chłopakowi z małego, amerykańskiego miasta. To samo najwyraźniej rozumie i Springsteen, a "Nebraska" to utwór, w którym wciela się w postać Starkweathera, który ostatecznie został skazany na śmierć na krześle elektrycznym w 1958 roku.
"Born In The U.S.A." to najpopularniejszy utwór Bruce'a Springsteena, który pochodzi z równie kultowego albumu z 1984 roku o tym samym tytule. Była to pierwsza płyta w Stanach Zjednoczonych, która została wypuszczona na nośniku CD i do dzisiaj grana jest podczas świąt narodowych w Ameryce. Kiedy jednak wsłucha się w tekst tej piosenki, ciężko zrozumieć dlaczego tak jest. Utwór ten wyraźnie krytykuje podejście USA do sytuacji wojny w Wietnamie oraz do jej weteranów, którzy powrócili do swoich domów i zostali bez pracy oraz środków do życia, nawiedzani przez traumy, których nabawili się na froncie. Słowa "I was born in the U.S.A." brzmią niemalże jak szyderstwo, a w najlepszym wypadku są smutnym wytłumaczeniem dlaczego sytuacja podmiotu mówiącego jest tak beznadziejna. Ten utwór to tylko dowód na to jak ważne są słowa w piosenkach (dla mnie osobiście chyba najważniejsze - taka przypadłość pisarza), bo czasem nawet najweselsza melodia może kryć za sobą wielki ból i pewien polityczny manifest.
W ten sposób mogłabym przeanalizować praktycznie każdy utwór Bruce'a Springsteena, ale mam nadzieję że te cztery piosenki wystarczyły aby zachęcić do zapoznania się z jego twórczością. W Europie Springsteen nie jest tak doceniany co w Stanach Zjednoczonych (co jest w zasadzie zrozumiałe), ale uważam, że warto zapoznać się z jego muzyką, a w zasadzie z tekstami jego utworów. Osobiście to jedyny artysta, którego ośmiominutowe utwory mnie nie nudzą, chociaż zdarza mi się ziewać nawet przy "Stairway to Heaven". Wszystko to zasługa angażującej słuchacza narracji, zachęcającej do tego, żeby dowiedzieć się co stanie się zaraz z głównym bohaterem utworu. Dzięki Springsteenowi można w łatwy sposób wybrać się na wycieczkę do Stanów Zjednoczonych. I to do miejsc, które zazwyczaj omijane są przez turystów.
Przeżywałam wiele muzycznych fascynacji, które zostały ze mną do dzisiaj. Mogę spędzić całe popołudnie nucąc Erica Claptona, znam daty tras koncertowych Led Zeppelin i jestem w stanie rozpoznać rok zrobienia zdjęcia po fryzurze jaką ma głowie Lou Reed. Ale gdyby ktoś zapytał mnie o to, kto jest moją ulubioną "gwiazdą rocka", odpowiedź byłaby jedna - Bruce Springsteen.
Jestem pisarką odkąd pamiętam - pierwsze opowiadania wychodziły spod mojej ręki w wieku 5-6 lat, jeszcze z drobną pomocą mamy. Wymyślałam wtedy alternatywne wersje znanych mi bajek i tworzyłam własne. Pisałam zawsze choć zdarzały mi się długie przerwy. W końcu odnalazłam swoje powołanie, czyli zajmowanie się zawiłościami człowieczej psychiki i meandrami międzyludzkich relacji, obwiązane wstążką o nazwie "kultura amerykańska", którą się fascynuję. Wszystko to plus bezgraniczna miłość do rock and rolla zaowocowało naturalnym przyciąganiem do muzyki i postaci Bruce'a Springsteena.
Urodził się w 1949 roku w New Jersey. W szkole średniej nie był popularny - raczej "niewidzialny". Miał kiepskie relacje z ojcem, a gdy jego rodzina przeniosła się do Kalifornii, on został w owianym złą sławą New Jersey żeby tworzyć muzykę, co zwróciło mu się z nawiązką. Springsteen, chociaż sam nie napracował się w życiu wiele, dzięki swojej zdolności do opowiadania historii, został głosem "niebieskich kołnierzyków" (czyli klasy robotniczej) w Stanach Zjednoczonych i czołowym reprezentantem gatunku heartland rocka. Jak nikt inny potrafi połączyć ze sobą brzmienie folku, rock and rolla, hard rocka, a nawet popu, nie zapominając przy tym o warstwie lirycznej, która nigdy nie zawodzi. Śledząc teksty piosenek Springsteena możemy dowiedzieć się o tym jak wygląda życie przeciętnego amerykańskiego robotnika z przedmieść, małych miasteczek i wsi. Opowiada historie policjantów, złoczyńców, robotników z fabryki, weteranów wojny w Wietnamie, szkolnych buntowników i odludków. Osadza ich w określonych miejscach i sytuacjach, które dodają tym opowieściom autentyczności i sprawiają, że utwory muzyczne zaczynają żyć własnym życiem i przypominają opowiadania, a może nawet zalążki całych powieści. Dla osób z dużą wyobraźnią mogą być nawet filmem, bo i kinematografią Bruce się inspiruje. Jednym z jego bliskich znajomych jest popularny reżyser Martin Scorsese. Pragnę przybliżyć moje ulubione historie Springsteena i zachęcam do podróży w głąb amerykańskiej duszy, w którą nas zabiera.
"Racing in the Street" to utwór z płyty o znaczącym tytule "Darkness On the Edge of Town" z 1978 roku. Opowiada historię młodego mężczyzny, którego jedyną rozrywką w nudnym i pustym życiu są nocne wyścigi samochodowe. Oprócz poruszenia tematu wypalenia, depresji i poczucia beznadziei wśród młodych obywateli, którym zdaje się, że w dorosłym życiu już na nich nic nie czeka, Springsteen nawiązuje także do amerykańskiego kultu samochodowego. Szybka jazda autem to sposób na oczyszczenie umysłu i duszy, a przy okazji chwilowego poczucia wolności - tak jak w kultowym "Buntowniku bez powodu" z Jamesem Deanem. W połączeniu z adrenaliną wynikającą z ryzyka podejmowanego podczas wyścigu, podmiot mówiący w utworze odnajduje w tym sposobie rozrywki odskocznię od szarej rzeczywistości.
Ta opowieść jest osadzona w szerszym kontekście - Springsteen przedstawia nam bowiem cały obrazek. Widzimy parking sklepu Seven-Eleven i poznajemy kolegę głównego bohatera - Sonny'ego, razem z którym jeżdżą od miasta do miasta i szukają zysku (jeden z toposów kina drogi). Dowiadujemy się, że podczas jednego z takich wypadów do Kalifornii podmiot mówiący poznał swoją ukochaną, ale teraz ich związek jest już w strzępach. Wokół oczu dziewczyny pojawiają się zmarszczki, a ona sama spędza noce gapiąc się w sufit, wypalona i pusta, zawiedziona życiem jakie zaoferował jej narzeczony, pomimo pozornej obietnicy szaleństwa i przygody.
"Stray Bullet" to odrzut z podwójnego albumu "The River" wydanego w 1980 roku i zapewne z racji tego, że piosenka nigdy nie trafiła na album, ciężko było mi dokopać się do jakichkolwiek informacji na temat opowieści wysnutej w tym utworze. Ale może to nawet lepiej, bo sama mogę dopowiedzieć sobie to, czego nie jestem pewna. W "Stray Bullet" nie znamy imion głównych bohaterów, ale słyszymy przepełniony bólem głos podmiotu mówiącego, który opowiada o czasach, w których zwykł siadać przy rzece z ukochaną i snuć z nią plany na przyszłość, nieświadomy tego, co nadejdzie. Później dowiadujemy się, że tajemniczy mężczyźni w lśniących na słońcu czarnych butach i długich płaszczach pozbawili dziewczynę życia. Kim byli ci ludzie? Sytuacja przywodzi mi na myśl strzelaninę w szkole w Columbine, ale przecież ta miała miejsce prawie 20. lat później... Może jest to nawiązanie do prześladowań rasowych na terenie Stanów Zjednoczonych? A może zwykli kryminaliści, którzy napadli na ukochaną bohatera? Pewne jest jedno - "Stray Bullet" zawsze porusza mnie do głębi i to wielka szkoda, że ostatecznie utwór nie pojawił się na albumie "The River".
Wydany w 1982 roku album "Nebraska" to zdecydowanie najlepsza płyta w dorobku artysty, ale jednocześnie też trochę niedoceniana. Prawdą jest, że nie słucha się jej łatwo - to ciąg mrocznych, smutnych i przeszywających historii, śpiewanych w sposób przeciągający, a czasem desperacki. Do tego wszystkiego dochodzi przeszywająca smutkiem harmonijka, przez co wydaje się, że to utwory śpiewane przez zapomniany folkowy zespół w barze z małego, zapyziałego miasteczka. Tak właśnie miało być - Springsteen nie udał się nawet w trasę koncertową, która miałaby promować ten album, gdyż doszedł do wniosku, że po prostu by to nie pasowało do koncepcji płyty.
Tak naprawdę mogłabym tutaj przeanalizować każdy utwór z tego albumu pod aspektem treści i historii, które opowiada, ale skupię się na tytułowej "Nebrasce". Podmiotem mówiącym w tej piosence jest prawdziwa postać historyczna - kryminalista Charles Starkweather, który (mocno inspirujący się stylem Jamesa Deana) na przełomie 1957 i 1958 roku wybrał się na morderczą przejażdżkę samochodową ze swoją dziewczyną Caril Ann. Historia dwojga nastolatków-zabójców z Nebraski, choć dziś już nieco zapomniana, była inspiracją dla wielu twórców, na przykład reżysera Terrence'a Malicka, który nakręcił na tej podstawie film o tytule "Badlands" z 1973 roku (co ciekawe taki sam tytuł nosi także jedna z piosenek Springsteena...). Sprawy kryminalne są także jednym z moich zainteresowań (stąd wcześniejsze skojarzenia ze strzelaniną w szkole w Columbine), a historia Charlesa Starkweathera zawsze mnie fascynowała i zasmucała. I chociaż nigdy nie próbowałam tłumaczyć czy wybielać jego osoby, zawsze w pewien sposób rozumiałam jego desperację, zrezygnowanie, poczucie bezsensu i wszechogarniającej pustki, która towarzyszyła temu odrzuconemu przez społeczeństwo biednemu chłopakowi z małego, amerykańskiego miasta. To samo najwyraźniej rozumie i Springsteen, a "Nebraska" to utwór, w którym wciela się w postać Starkweathera, który ostatecznie został skazany na śmierć na krześle elektrycznym w 1958 roku.
"Born In The U.S.A." to najpopularniejszy utwór Bruce'a Springsteena, który pochodzi z równie kultowego albumu z 1984 roku o tym samym tytule. Była to pierwsza płyta w Stanach Zjednoczonych, która została wypuszczona na nośniku CD i do dzisiaj grana jest podczas świąt narodowych w Ameryce. Kiedy jednak wsłucha się w tekst tej piosenki, ciężko zrozumieć dlaczego tak jest. Utwór ten wyraźnie krytykuje podejście USA do sytuacji wojny w Wietnamie oraz do jej weteranów, którzy powrócili do swoich domów i zostali bez pracy oraz środków do życia, nawiedzani przez traumy, których nabawili się na froncie. Słowa "I was born in the U.S.A." brzmią niemalże jak szyderstwo, a w najlepszym wypadku są smutnym wytłumaczeniem dlaczego sytuacja podmiotu mówiącego jest tak beznadziejna. Ten utwór to tylko dowód na to jak ważne są słowa w piosenkach (dla mnie osobiście chyba najważniejsze - taka przypadłość pisarza), bo czasem nawet najweselsza melodia może kryć za sobą wielki ból i pewien polityczny manifest.
W ten sposób mogłabym przeanalizować praktycznie każdy utwór Bruce'a Springsteena, ale mam nadzieję że te cztery piosenki wystarczyły aby zachęcić do zapoznania się z jego twórczością. W Europie Springsteen nie jest tak doceniany co w Stanach Zjednoczonych (co jest w zasadzie zrozumiałe), ale uważam, że warto zapoznać się z jego muzyką, a w zasadzie z tekstami jego utworów. Osobiście to jedyny artysta, którego ośmiominutowe utwory mnie nie nudzą, chociaż zdarza mi się ziewać nawet przy "Stairway to Heaven". Wszystko to zasługa angażującej słuchacza narracji, zachęcającej do tego, żeby dowiedzieć się co stanie się zaraz z głównym bohaterem utworu. Dzięki Springsteenowi można w łatwy sposób wybrać się na wycieczkę do Stanów Zjednoczonych. I to do miejsc, które zazwyczaj omijane są przez turystów.

Komentarze
Prześlij komentarz