Przejdź do głównej zawartości

Powtórka z lat 20.

Na początku tego roku dużo żartowało się z tego, że ponownie zaczynamy "lata 20." - nikt wtedy jeszcze nie podejrzewał jak prawdziwe mogą być te słowa - od początku roku mierzyliśmy się już z widmem wojny, kryzysem gospodarczym oraz pandemią.





Lata 20. i 30. w Polsce to dla mnie fascynujący okres. II RP musiała mierzyć się z trudnościami po odzyskaniu niepodległości - w naszym kraju, wcześniej podzielonym na troje, wszystko było nie tak i do siebie nie pasowało, nawet tory pod pociągi. W polityce wrzało, a wielonarodowość naszego państwa doprowadzała zarówno do konfliktów jak i do prężnego rozwoju sztuki oraz kultury. Warszawa lat 20. i 30. w niczym nie odstawała od innych europejskich stolic, a filmy, które powstawały w tamtym okresie na terenie Polski mogły spokojnie konkurować z hollywoodzkimi produkcjami. Oprócz tego wszędzie rozbrzmiewała muzyka, którą chcę dziś przybliżyć.

Moje pierwsze spotkanie z dwudziestoleciem międzywojennym miało miejsce, gdy miałam siedem lat i spędzałam święta Bożego Narodzenia u wujka w Warszawie. Wygrzebałam na jego półce płytę Hanki Ordonówny, warszawianki urodzonej w 1902 roku. Rodzina i znajomi śmiali się ze mnie, a ja zupełnie nie rozumiałam co ich tak bawiło. Od razu zakochałam się w jej głosie i starodawnym sposobie wypowiadania litery "ł". Do dziś słuchając piosenki "Miłość ci wszystko wybaczy" czuję dziwny miks smutku i nostalgii za czasami, które już nie wrócą. Za zmarnowanym potencjałem, bo tym właśnie była dla mnie II RP - rozdarta gwałtownie przez okrutną wojnę, doszczętnie zniszczona w trakcie prężnego rozwoju kulturalnego i architektonicznego. Kto wie gdzie bylibyśmy dziś gdyby nie II Wojna Światowa.
Piosenka "Miłość ci wszystko wybaczy" została także użyta w bardzo emocjonalnej scenie z filmu "Lista Schindlera" Stevena Spielberga z 1993 roku. I to właśnie od tej piosenki chcę rozpocząć tą wycieczkę, tak jak i ja rozpoczęłam od niej swoją przygodę z wyimaginowanymi podróżami do przedwojennej Warszawy...



Oglądając filmy z tamtego okresu, oglądając zdjęcia i słuchając utworów muzycznych, za każdym razem zadaję sobie pytanie czy naprawdę chciałabym cofnąć się w czasie...? Na parę dni, parę tygodni - tak. Ale nigdy na stałe, bo ja wiem coś, czego nie wiedzą ci ludzie z filmów, uwiecznieni na fotografiach, śpiewający na nagraniach. Wiem, że za parę lat spotka ich ogromne nieszczęście.
Hanka Ordonówna jesienią 1939 roku została uwięziona na Pawiaku, gdzie trafiła przez dawnego partnera scenicznego i kolaboranta Igo Syma. Jej mężowi udało się załatwić jej zwolnienie i wyjechała grać do teatru w Wilnie, ale nie trwało to długo. Ostatecznie zarówno Hanka jak i jej mąż zostali wywiezieni w głąb Rosji po aresztowaniu przez NKWD.

Inną wielką postacią, której występy łamią mi serce jest Eugeniusz Bodo - urodzony w 1899 roku aktor, komik, reżyser, tancerz i producent filmowy. Postać niezwykle charyzmatyczna i uwikłana w liczne romanse, którymi żyła cała II RP. W 2016 roku o jego życiu powstał nawet serial. Po wybuchu II Wojny Światowej Bodo chciał wyemigrować do USA, ale nie zdążył. W 1941 roku został aresztowany przez NKWD za działalność szpiegowską (Bodo urodził się w Genewie i do końca życia zachował szwajcarskie obywatelstwo). Ostatecznie zmarł w łagrze w Kotłasie w 1943 roku. Jego ukochany pies - arlekin Sambo - został przypadkowo zabity podczas powstania warszawskiego...



Pewnego dnia słuchając muzyki z okresu przedwojennego i oglądając na YouTube zachowane materiały wideo z Warszawy tamtego okresu, wyświetlił mi się w sekcji "Polecane" film o uroczym tytule "Co ja zrobię, że mi się podobasz". Jest to fragment filmu "Papa się żeni" z 1936 roku, a piosenkę wykonują Zbigniew Rakowiecki oraz Lidia Wysocka. Od razu zakochałam się w ich wspólnym wykonaniu tej piosenki i często do niej wracam, ale za każdym razem ogarnia mnie ogromny smutek. O ile urodzona w 1916 roku Wysocka dożyła sędziwego wieku 90. lat (chociaż podczas II Wojny Światowej też była więziona na Pawiaku z powodu tego samego Igo Syma co Hanka Ordonówna...) to Zbigniew Rakowiecki nie miał tyle szczęścia co koleżanka z planu. Urodzony w 1913 roku aktor o szerokim uśmiechu brał udział w powstaniu warszawskim i w 1944 roku zginął rozstrzelany przez rosyjskich żołnierzy z brygady SS.


"Już taki jestem zimny drań", "Ta ostatnia niedziela", "Gwiżdżę na wszystko" to ponadczasowe szlagiery, które w okresie międzywojennym śpiewał urodzony w 1901 roku Mieczysław Fogg. Piosenkarz również brał udział w powstaniu warszawskim (pseudonim "Ptaszek", gdyż jego zadaniem było podtrzymanie rodaków na duchu i śpiewanie w szpitalach, schronach oraz barykadach), a także pomagał swoim żydowskim przyjaciołom ukrywać się przed nazistami. Fogg miał dużo szczęścia i dożył 89. lat w swojej rodzinnej Warszawie. Jego kariera trwała ponad 60. lat. Nieprzerywanie od swojego debiutu w 1928 roku dostarczał rozrywki Polakom. Dzięki niemu nie zapomnieliśmy jeszcze zupełnie o okresie międzywojennym, bo przecież piosenki takie jak "Ta ostatnia niedziela" czy "Już taki jestem zimny drań" znają wszyscy.


Jest jeszcze jeden szlagier z tamtego okresu, który znają wszyscy. Mowa tu oczywiście o ponadczasowych "Brunetkach, blondynkach..." w wykonaniu Jana Kiepury - piosenkarza oraz aktora urodzonego w 1902 roku w Sosnowcu. Zaczynał w Warszawie, ale występował także w Paryżu, Mediolanie i Wiedniu, gdzie ostatecznie postanowił osiąść (istnieje nawet wersja piosenki "Brunetki, blondynki" w języku niemieckim). Gdy tylko wybuchła wojna, wyjechał do Francji żeby wesprzeć emigrantów polskich. Już po wojnie udało mu się odnieść umiarkowany międzynarodowy sukces - występował w Anglii, grywał w produkcjach berlińskich, hollywoodzkich oraz broadwayowskich. To właśnie w Harrison koło Nowego Jorku ostatecznie zmarł w 1966 roku. Podobno stało się to nagle, po otrzymaniu złych wieści od swojego agenta finansowego...


Dwudziestolecie międzywojenne to także ostatni okres w dotychczasowej historii Polski, w którym społeczność Żydowska była tak liczna na terenach naszej wspólnej ojczyzny. Artystów pochodzenia żydowskiego, a także utworów o tematyce żydowskiej nie brakowało również w muzyce. Jednym z piosenkarzy pochodzenia żydowskiego był urodzony w 1904 (lub 1906 wedle starszych publikacji) we Lwowie Emanuel Szlechter. Oprócz parania się śpiewem zajmował się także pisaniem scenariuszy, komponowaniem, reżyserią oraz był librecistą, satyrykiem i tłumaczem. Pierwsze teksty piosenek napisał jeszcze jako student prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza. W 1932 roku przeprowadził się do Warszawy, ale podczas niemiecko-sowieckiej inwazji na Polskę akurat przebywał w rodzinnym Lwowie. Ostatecznie trafił do tamtejszego getta, a następnie obozu śmierci, gdzie w 1942 roku (lub 1943, znów w zależności od źródeł) zginął razem z żoną oraz synem. Z wszystkich jego utworów ja najbardziej lubię "New York Baby" - utwór brzmiący bardzo światowo i rześko, ale niestety także bardzo smutno - bo jakżeby się chciało, żeby Szlechter miał kiedyś sposobność zaśpiewania tej piosenki na nowojorskiej scenie...


Tak jak wspomniałam wcześniej, pojawiały się także utwory o tematyce żydowskiej, opowiadające o życiu Żydów z małych miasteczek. Takie piosenki wykonywali artyści pochodzenia żydowskiego - tak jak urodzona w 1909 roku w Wołyniu Zofia Terné - ale nie tylko, bo utwory o podobnej tematyce znajdziemy także w repertuarze dobrze znanego nam Mieczysława Fogga. Zachęcam do zapoznania się z tymi piosenkami, które działają na mnie chyba jeszcze silniej od poprzednich. Utwory o tematyce żydowskiej, poruszające tematy codziennych problemów i rozterek sercowych tych ludzi, przypominają o całym narodzie, który siłą został usunięty z ziem polskich, pozostawiając po sobie wielką pustkę, żal i ból...



Nie wiem czy ta podróż do międzywojennej Warszawy była faktycznie wesoła i podtrzymująca na duchu w tych trudnych czasach. To dla mnie zawsze kwestia dość kontrowersyjna i drażliwa. Nigdy nie potrafię bowiem cieszyć się tymi podróżami w stu procentach, mając ciągle przed oczami nadchodzący koszmar wojny. Ale może nie można skupiać się tylko na tym co złe, może trzeba żyć chwilą. Jako podróżnicy w czasie musimy mieć świadomość tego, że jesteśmy jedynie obserwatorami i nie mamy mocy zmieniania biegu historii. Zatrzymajmy się więc w przedwojennej Warszawie na chwilkę, wypijmy kawę w jednej z kawiarni, wypowiadajmy w charakterystyczny sposób "r" oraz "ł", posłuchajmy jak gra muzyka...

Na koniec chciałabym wspomnieć moją ukochaną sąsiadkę - panią Adę, która zmarła parę lat temu. Ta była nauczycielka, która mówiła ze staromodnym warszawskim akcentem, często zajmowała się mną, gdy byłam dzieckiem. Mam po niej smutnego, białego misia (koniecznie chciałam w sklepie tego smutnego, żeby nie był już taki samotny na półce) i magiczne wspomnienia. Zabierała mnie na lody i bezy do bardzo starych, kultowych w moim rodzinnym mieście kawiarni. Zawsze miała styl i klasę, a kojarzyła mi się właśnie z czasami dwudziestolecia międzywojennego. Wyjścia na miasto były z nią zawsze jak podróż w czasie. A teraz za każdym razem, gdy słyszę kultową piosenkę "Ada! To nie wypada" z jednego z moich ulubionych filmów o tym samym tytule z 1936 roku, myślę o mojej pani Adzie i ciepło się uśmiecham...

Komentarze